Fiat Panda. Najtańszy nowy samochód w Polsce, czyli jak kupić cztery koła i silnik za cenę używanego roweru wyścigowego
ClacsonAutor
Pozwólcie, że zacznę od wyznania. Przez ostatnie dwadzieścia lat pisałem o samochodach za ćwierć miliona, pół miliona, czasem za tyle, ile kosztuje przeciętne mieszkanie w Krakowie. Porównywałem moment obrotowy Lamborghini z momentem obrotowym Ferrari, debatowałem nad tym, czy skóra w Bentleyu jest wystarczająco miękka, czy jedynie "prawie wystarczająco miękka". A dziś... dziś piszę o Fiacie Pandzie. Za pięćdziesiąt cztery tysiące dziewięćset złotych. Fabrycznie nowej. Z gwarancją. I, co mnie osobiście uderzyło jak kopnięcie małego włoskiego buta, jest to chyba najtańsze fabrycznie nowe auto dostępne aktualnie w Polsce. Zatem usiądźcie wygodnie. To będzie podróż.

Narodziny legendy, której nikt się nie spodziewał
Zanim przejdziemy do współczesności i jej budżetowych cudów, musimy cofnąć się do roku 1980. W roku, gdy świat był przekonany, że samochód musi być albo duży, albo byle jaki, pewien włoski inżynier o nazwisku Giorgetto Giugiaro postanowił udowodnić, że się wszyscy mylą.
Płaskie szyby
Fiat Panda 4x4
Była kwadratowa jak cegła. Miała płaskie szyby, bo tak było taniej. Tapicerkę z materiału, który był prostszy w produkcji niż cokolwiek w historii motoryzacji. Tylna kanapa składała się jak prosta mata i mogła służyć jako leżak, co, o ile dobrze pamiętam, nie było wtedy standardem nawet w samochodach trzy razy droższych. Włosi, z właściwą sobie nonszalancją wobec komplikacji, stworzyli coś tak prostego, że aż genialnego.
Auto sprzedawało się jak szalone. I słusznie.
Czytaj również: "Historia motoryzacji. Fiat panda 4x4"
Polska fabryka, włoska dusza
Tu dochodzimy do rozdziału, który Polakom powinien być szczególnie bliski, choć wielu pewnie o tym nie wie. Fiat Panda pierwszej generacji był produkowany w Polsce. W fabryce FSM w Tychach. Tak, właśnie tutaj, w sercu Śląska, powstawały te małe włoskie arcydzieła, które następnie rozjeżdżały się po całym świecie. W sumie polacy wyprodukowali grubo ponad dwa miliony Pand.
Fot. Ireneusz Kaźmierczak
Polska robiła Pandę, kiedy Polska nie była jeszcze tym, czym jest dziś. To trochę tak, jakby się dowiedzieć, że Rolling Stonesi nagrali klasyczny album w garażu w Katowicach. Brzmi nieprawdopodobnie, ale prawda bywa nieprawdopodobna.
FSM produkowała Pandę od 1983 roku i robiła to z właściwą polskim robotnikom solidnością, tzn. auto jeździło, nawet kiedy wszystko wskazywało, że nie powinno. Silnik o pojemności 650 ccm. ciągnął to cudo z determinacją godną człowieka, który wchodzi pod górę z torbami pełnymi ziemniaków i nie zamierza się zatrzymać.
Oto jest prawdziwa historia motoryzacji.
Fot. Ireneusz Kaźmierczak
Powróćmy do teraźniejszości: 54 900 złotych
Dobrze. Wróćmy do roku 2025 i do tego, co Fiat ma czelność, w najlepszym tego słowa znaczeniu zaproponować nam dziś. Pandina. Hybryda. Silnik 1.0, 65 koni mechanicznych. Cena promocyjna: 54 900 złotych.
Dla porównania: za tyle można kupić używanego SUV-a z przebiegiem 180 000 kilometrów, którego niemiecki właściciel wyraźnie nie lubił. Można też kupić nowego elektrycznego hulajnogę z podgrzewaną kanapą, która i tak zatrzyma się w połowie drogi, bo zabraknie prądu. Albo można kupić nową Pandinę.
Fiat Panda
65 koni. Słyszę już, jak mruczycie pod nosem: "65 koni to nie jest nawet tyle, ile ma porządny kosiarka do trawy." I macie rację. Ale wiecie co? W mieście, gdzie średnia prędkość ruchu ulicznego wiadomo jaka jest 65 koni wystarczy. W zupełności.
Wyposażenie jak w drogim aucie
Tu robi się naprawdę ciekawie. Bo Pandina nie jest gołym pudełkiem na kółkach. W standardzie dostajecie system hamowania awaryjnego, aktywne utrzymanie pasa ruchu, wykrywanie zmęczenia kierowcy i rozpoznawanie znaków drogowych. System wykrywania zmęczenia. W samochodzie za 54 900 złotych.
Fiat Panda
Przez chwilę przetrawcie ten fakt. W latach osiemdziesiątych system wykrywania zmęczenia kierowcy w polskiej Pandzie działał na prostej zasadzie: jak zasnąłeś, to wpadałeś do rowu i się budziłeś. Dziś elektronika robi to za was, delikatnie i z klasą.
Do tego sześć poduszek powietrznych, tylne czujniki parkowania i w droższych wersjach 7-calowy ekran dotykowy z Apple CarPlay i Android Auto. Czyli w teorii możecie słuchać podcastów o tym, dlaczego samochody elektryczne uratują świat, jadąc samochodem spalinowym. To się nazywa nowoczesna ironia.
Estetyka małej pandy na felgach
Nie mogę pominąć jednego szczegółu, który mnie rozbawił do łez. Na felgach Pandiny widnieje grafika małej pandy. Na listwach bocznych napis "Pandina". Na tylnej szybie sitodruk "Pandina".
Fiat Panda
Włosi są jedynym narodem na świecie, który potrafi sprawić, że branding samochodu budżetowego wygląda jak projekt dla domu mody. Francuzi by tego nie zrobili, oni by po prostu pomalowali listwy na szaro i nazwali to "minimalistyczną elegancją". Niemcy w ogóle by o tym nie pomyśleli, bo Niemcy myślą kategoriami momentu obrotowego, nie pand na felgach.
A Włosi? Włosi mówią: "Mamy małą pandę. Dajmy jej wszędzie." I jakoś to działa.
"Ja nie muszę niczego udawać…”
Wróćmy do sedna. 54 900 złotych za fabrycznie nowy samochód to w dzisiejszych czasach coś bliskiego cudu. Rynek nowych aut w Polsce wygląda tak, że przeciętny kompaktowy hatchback potrafi kosztować dwa razy tyle, nie oferując przy tym dwa razy więcej radości z jazdy. Mamy SUV-y, które kosztują jak małe mieszkanie i mają wystarczająco dużo chromowanych plastikowych imitacji, żeby wzbudzić zawrót głowy.
A tu przychodzi Pandina i mówi: "Ja nie muszę niczego udawać. Jestem małym miejskim samochodem. Robię to, co mały miejski samochód powinien robić. I kosztuje tyle, ile kosztuje."
To jest uczciwe. Rzadko piszę to słowo w kontekście motoryzacji, bo motoryzacja rzadko bywa uczciwa. Ale tu mogę.
Fiat Panda
Po co nam więcej?
Fiat Panda przeszła długą drogę. Od kwadratowego symbolu prostoty, przez polskie fabryki, przez kolejne generacje, aż do dzisiejszej Pandiny z systemem ADAS i pandą na felgach. I w każdym wcieleniu robiła to samo: zapewniała transport osobom, które nie chcą lub nie mogą wydawać fortuny na samochód, ale chcą jeździć czymś nowym, sprawnym i odważę się to powiedzieć fajnie bezpretensjonalnym.
Za 54 900 złotych dostajecie kawałek historii motoryzacji. Kawałek polsko-włoskiej historii. I samochód, który zawiezie was do pracy, do sklepu i z powrotem, nie zadając przy tym głupich pytań.
Czy to mnie ekscytuje bardziej niż 700-konne Ferrari? Nie. Ale czy rozumiem, dlaczego ktoś mógłby to kupić? Absolutnie tak.
A to, w recenzji samochodu, jest już naprawdę wiele.












