Nareszcie ktoś przypomniał sobie, że nie wszyscy sa bogaci
ClacsonAutor
Stellantis zapowiada E-Car, mały, tani i w pełni elektryczny. Produkowany w Europie, dla Europejczyków.

W tym artykule:
- Większość ludzi na tej planecie nie jest milionerem
- Co właściwie Stellantis ogłosił i dlaczego to ważne?
- Volkswagen robi trojaczki. Stellantis odpowiada
- Maluch, Panda i wizja, która nie daje spokoju
- Fiat 126 Vision
- Czy E-Car powstanie z tego właśnie pomysłu?
- Ale o czym właściwie mówimy? Mniejszy od 500e?
- Coś za rozsądne pieniądze od Stellantisa
- Dlaczego to ważne dla całego rynku?
- Co może pójść nie tak? (a może pójść, oczywiście)
Większość ludzi na tej planecie nie jest milionerem
Zacznę od czegoś, co każdy producent samochodów elektrycznych powinien wytatuować sobie na wewnętrznej stronie powieki: większość ludzi na tej planecie nie jest milionerem. Nie mają setek tysięcy złotych na Teslę. Nie mają nawet dwustu pięćdziesięciu na skromniejszą odmianę czegokolwiek, co w ostatnich latach wyjeżdżało z europejskich fabryk jako rzekomo „przystępny" elektryk. A już na pewno nie zamierzają dopłacać fortuny za przywilej siedzenia w pojeździe, który na mrozie zasięgowo zachowuje się jak zdesperowany chomik.
I właśnie dlatego, o ironio, wiadomość ze Stellantis wywołała u mnie coś, czego nie odczuwałem od dawna, obserwując branżę motoryzacyjną. Nadzieję. Tak, wiem. Nieznośnie optymistyczne słowo jak na felieton motoryzacyjny, ale proszę mi wybaczyć chwilę słabości.
Co właściwie Stellantis ogłosił i dlaczego to ważne?
Koncern, w którego portfolio znajdziecie wszystko od Fiata przez Citroena po Jeepa i Maserati, poinformował świat o projekcie o nazwie E-Car. Cztery razy „E" w nazwie, Europejski, Emocje, Elektryczny i przyjazny dla środowiska (to ostatnie „E" jest trochę naciągane, ale hej, marketingowcy musieli się jakoś wykazać). Produkcja ruszy w 2028 roku we włoskim Pomigliano d’Arco, fabryce, która ma w swoim CV między innymi Fiata Pandę, czyli jeden z niewielu samochodów w historii, który dosłownie każdy w Europie uważał za swój własny, nawet jeśli nigdy nim nie jeździł.
Cel jest jasny jak słońce nad Neapolem: zbudować mały, przystępny cenowo, w pełni elektryczny samochód dla zwykłych ludzi. Nie dla influencerów. Nie dla dyrektorów finansowych odliczających sobie ulgę podatkową. Dla pana Kowalskiego, który dojeżdża do pracy czternaście kilometrów, a w weekendy jedzie do teściowej pod miasto. I nie powinno to kosztować tyle, ile połowa mieszkania na obrzeżach Krakowa.
Volkswagen robi trojaczki. Stellantis odpowiada
Nie da się mówić o E-Carze bez wspomnienia o słoniu w salonie, a raczej o trzech słoniach z Wolfsburga. Ale sam fakt, że koncern z Wolsfburga w ogóle ruszył w tym kierunku, sprawił, że Stellantis nie mógł siedzieć z założonymi rękami i udawać, że segment tanich małych elektryków to jakiś obsesyjny pomysł ekologicznych dziwaków.
Konkurencja działa zbawiennie na rynek motoryzacyjny, coś, o czym producenci samochodów luksusowych przez ostatnią dekadę zapomnieli, skupiając się na tym, ile można wyciągnąć z portfela entuzjasty elektromobilności.
Volkswagen zapowiedział przy tym nie jeden, ale właściwie trzy warianty elektrycznego maleństwa: ID.1, ID.2 i ID.2all, które mają kosztować w okolicach 20 tysięcy euro a może i mniej. Na tej samej platformie powstanie Skoda i Seat z Cuprą.
Maluch, Panda i wizja, która nie daje spokoju
Teraz trochę sentymentu. Fiat 126, znany Polakom czule jako Maluch, zadebiutował w październiku 1972 roku na Salonie Samochodowym w Turynie. Był następcą Fiata 500, miał silnik z tyłu, cztery miejsca i ambicje zmotoryzowania całej Europy. W sumie z fabryk wyjechało ponad 4 milionów tych samochodów, liczba, która do dziś przyprawia o zawrót głowy, kiedy się ją zestawia z dzisiejszymi wolumenami małych aut. Dla Polaków był czymś więcej niż samochodem. Był marzeniem, pierwszym autem, sensem odkładania pensji i symbolem wolności w epoce, kiedy wolność była towarem deficytowym.
Fiat 126 Vision
I właśnie ten pojazd stał się punktem wyjścia dla konceptu, który od jakiegoś czasu krąży po motoryzacyjnym internecie i nie daje spokoju żadnemu miłośnikowi ładnych proporcji. Studio projektowe Made Studio stworzyło wizję nazwaną Fiat 126 Vision, i to nie jest kolejna cyfrowa fantazja oderwana od rzeczywistości, lecz przemyślana reinterpretacja tego, co w oryginale działało najlepiej.
Fiat 126 Vision. Fot. Ma-De Studio
Jak sami projektanci opisują swój zamysł, Fiat 126 w tej nowej odsłonie nie traci swojej tożsamości, lecz ją wzmacnia. Zachowane zostały charakterystyczny dach zwężający się ku tyłowi oraz kwadratowe reflektory zdominowane przez linię charakteru biegnącą wokół całego nadwozia, elementy, które sprawiały, że Maluch był rozpoznawalny z odległości stu metrów, nawet nocą w deszczu. Resztę dopełniają współczesne proporcje i elektryczna dusza.
Czy E-Car powstanie z tego właśnie pomysłu?
Stellantis nie mówi tego wprost, bo korporacje z zasady nie mówią niczego wprost, dopóki nie muszą. Ale fabryka w Pomigliano, dziedzictwo Pandy, zapowiedź czegoś małego i przystępnego cenowo oraz krążąca wizja elektrycznego Malucha, wszystko to układa się w narrację, która ma w sobie więcej sensu niż większość oficjalnych komunikatów prasowych.
Jeśli ktoś w Turynie ma odwagę, żeby zrealizować tę wizję i spowodować, aby ten samochód zjeżdżał z linii produkcyjnej to chciałbym stać wtedy pod bramą fabryki i robić zdjęcia.
Ale o czym właściwie mówimy? Mniejszy od 500e?
Tu robi się interesująco. Stellantis ma już Fiata 500e, uroczy, włoski, elektryczny (ale i spalinowy od niedawna), i kosztujący tyle, że większość kupujących musi przez chwilę zastanowić się, czy ich konto bankowe to wytrzyma. Ma też Topolino, prawdziwie miniaturowy pojazd elektryczny, który jest świetny do poruszania się po wąskich uliczkach Palermo, ale do przewiezienia czterech osób i zakupów na tydzień się nie nadaje.
E-Car ma wypełnić lukę pomiędzy tymi dwoma światami. Coś większego od Topolino, coś tańszego od 500e. Coś, w czym można pojechać do pracy, do sklepu i do babci, i nie sprzedawać nerki, żeby za to zapłacić. Szczegółów technicznych jeszcze nie ma, bo projekt jest wciąż w fazie rozwoju, ale sama filozofia jest na tyle interesująca, że aż podejrzana.
Coś za rozsądne pieniądze od Stellantisa
Przez ostatnie dziesięć lat europejski przemysł motoryzacyjny zachowywał się jak restauracja, która wykreśliła z menu wszystkie dania poniżej stu złotych, bo, jak tłumaczył właściciel, „rynek premium to przyszłość". A tymczasem ludzie wychodzili głodni, wsiadali do japońskich i koreańskich aut, a teraz również chińskich i „jadły” je z apetytem. Jeśli Stellantis naprawdę chce zbudować coś za rozsądne pieniądze, niech zaczyna natychmiast. Rok 2028 to już za chwilę.
Dlaczego to ważne dla całego rynku?
Elektryfikacja transportu to nie jest hobby dla bogatych. To jedyna droga, na której Europa zamierza osiągnąć swoje cele klimatyczne, a przy okazji uniezależnić się od ropy naftowej sprowadzanej od dostawców, którym trudno patrzeć w oczy z czystym sumieniem.
Segment małych, tanich samochodów kurczył się w Europie przez ostatnie lata w tempie, które powinno budzić konsternację komentatorów. Wymagania emisyjne, koszty bezpieczeństwa, rosnące ceny materiałów, wszystko to razem sprawiło, że produkcja małego auta za sensowną kwotę przestała się po prostu opłacać. I właśnie dlatego decyzja Stellantis, poparta konkretną lokalizacją (Pomigliano), konkretną datą (2028) i zainteresowaniem Komisji Europejskiej, jest czymś więcej niż kolejnym komunikatem prasowym.
Co może pójść nie tak? (a może pójść, oczywiście)
Rok 2028 to dwa lata. W branży motoryzacyjnej dwa lata to wieczność, wystarczy czasu na zmianę strategii, zmianę zarządu, zmianę priorytetów i ogłoszenie z przepraszającym uśmiechem, że jednak skupiamy się na modelach SUV klasy premium, bo rynek tak zdecydował. Stellantis zna ten scenariusz. I jego klienci też.












