Rondo Grunwaldzkie w Krakowie. Miasto postawiło znak, taksówkarze go przez lata ignorowali, a teraz miasto się poddało. Ale...
ClacsonAutor
Rondo Grunwaldzkie, ważny krakowski węzeł komunikacyjny. Codziennie przetaczają się tam tysiące pojazdów, autobusy KMK walczą o każdy metr buspasa, a taksówkarze zjeżdżali tamtędy w stronę Jubilata, jakby znak C10 był jedynie propozycją, a nie obowiązkiem wynikającym z kodeksu drogowego.

Znak był. Ale nie tam, gdzie trzeba
I tu dochodzimy do sedna tej historii, która jest równocześnie tragikomedią, lekcją geometrii i przestrogą dla wszystkich, którzy myślą, że zarządzanie infrastrukturą drogową to prosta sprawa. Otóż Zarząd Dróg Miasta Krakowa, w swojej nieskończonej mądrości, dawno temu postawił znak D12, oznaczający buspas, od strony wjazdu na rondo. Pięknie. Wzorowo. Tylko że przy zjeździe, tym konkretnym zjeździe z ronda w stronę Mostu Dębnickiego znaku D12 już nie było. Był za to znak C10, zabraniający zjazdu w tym miejscu komukolwiek poza komunikacją miejską.
Dla przeciętnego kierowcy brzmi to jak drobny detal administracyjny. Dla taksówkarzy brzmiało to jak luka w prawie wielkości Wisły w czasie roztopów. Bo jeśli nie ma znaku D12, to technicznie rzecz biorąc nie jest to buspas w ścisłym tego słowa znaczeniu. A skoro nie jest to buspas, to... cóż, można dyskutować. I dyskutowali. Bardzo głośno, bardzo zdecydowanie i, jak się okazuje, bardzo skutecznie.
Policja przyjeżdżała. Policja odjeżdżała. Taksówki zostawały
Fot. Jacek Jurecki
W lutym tego roku nad Rondem Grunwaldzkim zawisła ponura atmosfera drogowego teatru. Policjanci pojawiali się, zatrzymywali taksówkarzy, wypisywali mandaty, pouczali, ostrzegali. Taksówkarze kiwali głowami z miną człowieka, który właśnie odkrył, że mandat można zakwestionować w sądzie, i wracali na swoje ulubione miejsce zjazdu następnego dnia rano.
Fot. Jacek Jurecki
Co ciekawe, bo w tej historii nie brakuje pikantnych szczegółów, funkcjonariusze patrzyli przez palce na samochody elektryczne przejeżdżające tym samym pasem. Nie wiadomo dlaczego.
ZDMK się poddał. Biała flaga i nowy znak
I tu następuje kulminacja. Zarząd Dróg Miasta Krakowa, po długich deliberacjach, licznych doniesieniach mediów i zapewne jeszcze dłuższych naradach wewnętrznych, podjął decyzję. Zdecydowano się na powtórzenie znaku D12 przy zjeździe. Zdecydowano się zatem na kapitulację, bo z żółtego słupka znikną również znak C10. Tyle, że... zmieniono znak przed wjazdem na Rondo Grunwaldzkie od strony Matecznego. Otóż teraz, górą, w stronę Jubilata mogą jechać tylko Busy, policja, straż miejska i motocykle. Wszystkie inne pojazdy muszą Grunwaldzkie, jadąc na wprost, jechać tunelem pod rondem. Jest tam teraz po prostu zakaz ruchu z wymienionymi pojazdami, których ów znak nie dotyczy.
Fot. Jacek Jurecki
Tak było. Fot. Jacek Jurecki
Fot. Jacek Jurecki
Taksówki, busy, elektryki i wszystko co ma koła, może więc teraz legalnie zjeżdżać, uwaga, już teraz prawdziwym buspasem z ronda. Razem z autobusami KMK. Ale tylko te, które jadą od strony Monte Cassino. Te, poruszające się od strony Matecznego już nie.
Fot. Jacek Jurecki
Miasto Kraków przegrało. Taksówkarze wygrali. I żeby nikt nie miał wątpliwości, wygrali nie siłą argumentów prawnych, lecz siłą bezwładności. Po prostu jeździli tam cały czas, aż urząd uznał, że łatwiej jest zmienić znak niż zmienić taksówkarzy.
Czy to kwestia referendum? Czy tylko zwykła krakowska bezradność?
Na korytarzach miejskich plotkuje się, a plotki w Krakowie mają zwyczaj stawać się prawdą, że całe zamieszanie może mieć związek z odwołaniem prezydenta Krakowa w referendum. Urząd w trakcie kryzysu legitymizacyjnego nie ma ani ochoty, ani sił na wojnę z korporacjami taksówkowymi. Łatwiej ustąpić w sprawie znaku drogowego niż tracić kolejnych sojuszników.
Może to prawda. Może to nadinterpretacja. Jedno jest pewne: w mieście, które latami chwali się swoją polityką mobilności, inwestycjami w komunikację miejską i walką z korkowym chaosem, właśnie przegrało walkę o jeden zjazd z ronda z grupą kierowców, którzy twierdzili, że zła jest lokalizacja znaku. I mieli rację. Co jest jednocześnie komiczne i trochę smutne.
Morał tej historii?
Gdybym miał wyciągnąć z tej całej afery jeden wniosek, a jestem człowiekiem, który lubi wnioski, najlepiej te oczywiste, to brzmiałby on następująco: jeśli stawiasz znak drogowy, postaw go tam gdzie trzeba. Nie sto metrów wcześniej, nie po drugiej stronie ronda, nie z myślą że „i tak kierowcy się domyślą". Postaw go dokładnie tam, gdzie ma egzekwować prawo, bo w przeciwnym razie znajdzie się ktoś, taksówkarz, prawnik, bloger, nieważne, kto tę lukę wykorzysta.
A miasto Kraków? Kraków zapłaci za tę lekcję drogową tym samym co zwykle: korkami, spóźnionymi autobusami i kolejnym wpisem do długiej listy spraw, w których infrastruktura przegrała z determinacją człowieka siedzącego za kierownicą i patrzącego w smartfon z aplikacją korporacyjną.












